wtorek, 31 stycznia 2012

MY TWO PERFECT RIBS RECIPES

Będąc dzieckiem byłam niejadkiem. Jedynym daniem, na jakie skłonna byłam się rzucić z apetytem, były naleśniki. Dziś każdy, kto mnie zna, wie, że te czasy dawno minęły. Nie tylko przestałam być niejadkiem, ale całkowitym jego przeciwieństwem - stałam się żarłokiem (łamane przez) łakomczuchem. Pamiętam też, że jako dziecko nie znosiłam wszystkiego co tłuste. Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby akurat to się jakoś specjalnie zmieniło, chociaż dziś już wiem, jak tłuste przekształcić w dobre i jadalne. Weźmy na przykład takie żeberka, z których zamierzam uczynić bohatera dzisiejszego posta. Znalazłam na nie niezawodne i smaczne sposoby. Poniżej przedstawiam moje dwa ulubione : żeberka duszone w piwie oraz żeberka po chińsku - w sosie imbirowo-śliwkowym. 

Pierwsza propozycja jest idealna, gdy mamy ochotę na cięższy, sycący obiad oraz gdy dysponujemy większa ilością czasu. Sam przepis i jego wykonanie nie są skomplikowane, jednak trzeba się liczyć z tym, że samo duszenie mięsa w piwie zajmie nam około 40 minut. Sos piwno-cebulowy, który pod sam koniec gotowania powstanie, będzie lekko słonawy, niezwykle aromatyczny i gorzkawy od piwa. Idealny partner ? Purée ziemniaczane.

ŻEBERKA DUSZONE W PIWIE:
1,5 kg żeberek wieprzowych
2 średnie cebule pokrojone w krążki
1/2 l jasnego piwa
1-2 ziarna angielskiego ziela
1 goździk
1 łyżeczka majeranku
2 łyżki oleju (jeśli żeberka są bardzo tłuste, najlepiej obyć się bez oleju)
mąka do obtoczenia mięsa
pietruszka, sól, pieprz

Żeberka pokroić na porcje. Każdą z nich oprószyć solą, pieprzem i obtoczyć w mące. Podsmażyć na patelni aż będą rumiane. Wyjąć mięso z patelni i odsączyć nadmiar tłuszczu. 
Na patelnię wrzucić krążki cebuli i posypać je zmiażdżonymi zielem angielskim z goździkiem oraz majerankiem. Gdy cebula się zarumieni, wrzucić do niej mięso i zalać to wszystko piwem. Dusić pod przykryciem około 40 minut. Doprawić sola i pieprzem według uznania. 
Na talerzu posypać natka pietruszki.


Cebula oprószona zielem angielskim, goździkiem i majerankiem


Żeberka i cebula zalane piwem


Efekt końcowy, podany jak widać z chlebkiem i kiszonym ogórkiem.


Druga propozycja, mimo, że jej głównym składnikiem są również żeberka, jest znacznie lżejsza. Słodki, leciutko pikantny i gęsty sos imbirowo-śliwkowy może wprowadzić w trans. Jest przepyszny, aż dopada żal, że posiłek już się skończył ! Można podawać te żeberka z ryżem, tak jak ja to zrobiłam. Oryginalny przepis, z książki "Podróże kulinarne. Kuchnia chińska", stał się inspiracją dla tego dania - postanowiłam trochę zmodyfikować marynatę do żeberek (myślę, ze ciężko by było znaleźć w polskich sklepach sos śliwkowy czy ostrygowy). Spodobała mi się jednak sugestia autorów, że idealna do tej potrawy będzie lekka sałatka z gruszek, chilli oraz szalotki, skropionych limonką i posypanych świeżą miętą.

ŻEBERKA W SOSIE IMBIROWO-ŚLIWKOWYM:
1,5 kg żeberek pokrojonych na porcje
10 suszonych śliwek, posiekanych
2 łyżki sosu sojowego
2 łyżki sosu Teriyaki
2 łyżki sosu Worcester
starty, świeży korzeń imbiru (około 30 g)
1/5 łyżeczki sproszkowanej chilli

Marynata:
W plastikowym pudełku wymieszać sos sojowy, Teriyaki oraz Worcester. Dodać do tego starty imbir, posiekane śliwki i chilli. Wrzucić do sosu surowe, poporcjowane żeberka i obtoczyć w sosie. Przykryć i odstawić do lodówki na noc.
Następnego dnia mięso wyjąć z marynaty (oczyścić również ze śliwek) i usmażyć na patelni na rumiany kolor. W małym garnuszku zagotować marynatę.
Na talerzu polać żeberka gorącą marynatą.

Żeberka polane gęstym sosem imbirowo-śliwkowym

Pozdrawiam wszystkich Łasuchów.
Paulina.  


niedziela, 29 stycznia 2012

I NEED SOMETHING SIMPLE, QUICK & YUMMY

Witam po dłuższej przerwie. Mała wycieczka do stolicy uniemożliwiła mi dodawanie nowych wpisów. Ale już jestem, gotowa do pichcenia, pieczenia, krojenia i siekania oraz zawracania Wam gitary. 
Ostatnio szaleję za słodkim. Nie musi to być koniecznie czekolada, ani nic wymyślnego - po prostu potrzeba mi cukru z cukrowymi dodatkami. Kiedy mam wenę, szukam nowego przepisu i zaraz zabieram się za jego realizowanie. Dziś jednak jest z tym trochę cienko. Nie chce mi się ani nic wymyślać, ani tym bardziej lecieć do sklepu po brakujące składniki. W takim przypadku pudding wydaje się być rewelacyjnym rozwiązaniem. 
Kiedy mówię pudding, mam na myśli nie taki, jaki znamy ze sklepów - deser, który przywodzi na myśl czekoladowy lub waniliowy galaretkowaty krem. Mówię raczej o puddingu typu angielskiego : chleb, jajka, mleko, cukier, zabełtać, wstawić do piekarnika i gotowe. 
Zdaję sobie sprawę z tego, że angielska kuchnia jest niedoceniana. Ba ! W przekonaniu wielu, taka kuchnia nawet nie istnieje. Zgadzam się, że dzisiejsza kuchnia angielska to głównie czerpanie pomysłów z innych tradycji kulinarnych, ale jakby się tak głębiej i wnikliwiej przyjrzeć, można by w niej znaleźć kilka oryginalnych, prostych i przede wszystkim jej własnych przepisów. 
Dziś przedstawiam pudding chlebowy na słodko (przepisy na tego rodzaju smakołyki istniały w Anglii co najmniej już w XVIII wieku !). Uwielbiam w tym przepisie to, że jest prosty i zawsze mogę znaleźć do niego składniki w domu, bez wychodzenia do sklepu, uff. Tak więc, gdy dziś naszła mnie ochota na słodkości, a nie chciało mi się iść na zakupy (P. też nie wyraził chęci), pudding był jak znalazł. 

PUDDING CHLEBOWY:
chleb (1/3 bochenka) lub bułka (2 lub 3)- najlepiej czerstwe, pokrojone w kostkę
czekolada pokruszona na kostki (opcjonalnie i według uznania)
0,5 l mleka (lub mniej, w zależności od tego jaką ilość pieczywa użyjemy. Mleka ma być tyle, aby pieczywo mogło je całkowicie wchłonąć i zmięknąć)
125 ml śmietany kremówki 30%
40g cukru
3 jajka - użyłam dwóch
rum - również opcjonalnie

Chleb lub bułkę pokroić w gruba kostkę i ułożyć w głębszym naczyniu żaroodpornym. Posypać pieczywo pokruszoną czekoladą. 
W oddzielnej misce dokładnie wymieszać mleko, śmietanę, cukier, jajka i rum. Zalać tym chleb i odstawić na około 20 minut do nasączenia.
Posypać po wierzchu cukrem i wstawić do piekarnika nagrzanego do 170°C na 40 minut.
Podawać na ciepło (!), najlepiej z gałką lodów.
Pudding w asyście domowych lodów śmietankowych.
Ponieważ brak mi gałki do lodów, zmuszona byłam zamrozić je w foremkach do babeczek ;)

Deser może i nie wygląda zbyt atrakcyjnie, ale przecież nie o to miało chodzić (nie pragnę tego pokazać na wystawie, tylko zjeść w zaciszu domu). Najważniejsze jest to, że smakuje naprawdę dobrze i nie wymaga specjalnego wysiłku. Ma być szybkie, proste oraz smaczne - i takie właśnie wyszło. 

Smacznego !

niedziela, 22 stycznia 2012

J'adore Tatin

Niedziela, określona dziś przeze mnie mianem "Dnia Lenia", posiada jedną jedyną wadę - szybko się kończy. Plusem jednak jest to, że mimo nękającego nas na horyzoncie poniedziałku, niedziela wciąż jeszcze trwa i jako Dzień Lenia, można ją też nazwać z powodzeniem "Dniem dogadzania sobie słodkościami".
Nie odbiegam dzisiejszym przepisem zbyt daleko od poprzedniego. Dziś również kuchnia francuska. Nie dlatego, że jest moją ulubioną (bądźmy szczerzy, ja lubię wszystko), ani też dlatego, że pozostało mi po studiach filologicznych jakieś szczególne zamiłowanie do wszystkiego, co francuskie. Po prostu przepis wydał mi się intrygujący, a poza tym miałam wszystkie składniki w domu. Tak więc niedzielny, poobiedni deser postanowiłam szybko (jak najbardziej !) wcielić w życie.
Hitem Dnia Lenia/Dogadzania Sobie Słodkościami jest tarta tatin z karmelizowanymi gruszkami.
Podobnie, jak wspominana wcześniej zupa cebulowa, tarta to danie z tradycją oraz bogatą historią. Dziś istnieje jej wiele odmian i warto też nadmienić, że tarta nie musi się koniecznie kojarzyć z deserem (sama często robię tartę alzacką z cebulką i boczkiem  lub sardynkami na obiad). Tarta deserowa serwowana jest zazwyczaj z owocami lub lekkim kremem. Odmiana tatin powstała natomiast przez pomyłkę. Pod koniec XIX wieku, a dokładnie w 1898 roku, w miejscowości Lamotte-Beuvron pewna właścicielka hotelu i restauracji Stéphanie Tatin, robiąc tartę owocową właśnie, pomyliła kolejność układania warstw. Zamiast ułożyć w formie najpierw ciasto, potem owoce, pani Tatin postąpiła odwrotnie. Mimo tego, deser okazał się wyśmienity, tak bardzo, że ta odmiana istnieje do dnia dzisiejszego, a mieszkańcy Lamotte-Beuvron założyli stowarzyszenie La Confrérie des Lichonneux de Tarte Tatin. Co roku też organizowane tam jest święto i targ ku czci tarty tatin.
Poniżej zamieszczam wersję z karmelizowanymi gruszkami, zaczerpniętą z książki pt. : "Podróże kulinarne. Kuchnia francuska".

TARTA TATIN Z KARMELIZOWANYMI GRUSZKAMI
Ciasto:
1 i 1/4 szkl. mąki tortowej (175g)
1/3 szkl. cukru pudru (55g)
90g masła, posiekanego
1 żółtko
1 łyżka wody

Mąkę, masło i cukier wyrabiać, aż zaczną powstawać grudki. Dodać do tego żółtko i wodę i dokładnie połączyć. Zawinąć w folię lub woreczek foliowy i włożyć do lodówki na 30 minut.
W międzyczasie przygotować karmelizowane gruszki.

Karmelizowane gruszki:
4 duże twarde gruszki
90g masła
1/2 szkl. cukru (110g)
1/2 szkl. śmietany (160ml) - ja dałam 18%
1/4 szkl. prażonych orzechów pekan (35g), grubo posiekanych- zastąpiłam migdałami

Gruszki obrać, przekroić na pół i usunąć gniazda nasienne.
W rondelku rozpuścić masło i dodać do niego cukier. Gotować, ciągle mieszając, aż zacznie powstawać karmel. Dodać śmietanę i zamieszać. Zagotować, po czym dodać do sosu gruszki i dusić je, mieszając raz po raz, przez 45 minut, albo do miękkości.
Piekarnik nastawić na wysoką temperaturę (200°C).
Gdy gruszki będą już miękkie, przełożyć je do okrągłej formy o średnicy mniej więcej 22 cm, zaokrągloną stroną do spodu. Skarmelizowany płyn z patelni wlać na gruszki i posypać orzechami.
Ciasto wyjąć z lodówki i rozwałkować tak, aby uzyskać okrąg większy od średnicy formy. Położyć ciasto na gruszki i lekko je do nich przycisnąć. Piec bez przykrycia przez około 25 minut, do zarumieniania się ciasta. 
Można podawać z gęstą śmietaną posypaną cynamonem. Ja po prostu posypałam lekko samo ciasto cynamonem.

Palce lizać - ciasto jest cudownie maślane i delikatne, a gruszki nie do opisania. Jednym słowem jest to idealny deser na każdą okazję, gorrrąco polecam ;)
Pozdrawiam serdecznie wszystkich Łasuchów i zapraszam do dzielenia się ze mną swoimi ulubionymi deserami.

sobota, 21 stycznia 2012

FRANCJA ELEGANCJA

Jak już wspominałam wcześniej, o tej porze roku lubię "zupkować". W związku z tym, zmuszona byłam poszukać różnych, ciekawych przepisów na zupy - przecież nie można jeść ciągle rosołu i pomidorowej na zmianę.
Zupa, którą dziś zaprezentuję nie jest nie wiadomo jak wymyślna. Jest za to jedną z wizytówek kulinarnych Francji. Mówię tu oczywiście o soupe à l'oignon, czyli zupie cebulowej. 
Historia potrawy sięga kilka wieków wstecz i wiąże się z nią ciekawa anegdota. Bardzo możliwe, że Francja wcale nie musi okazać się jej prawdziwym źródłem pochodzenia. Podobno polski król Stanisław Leszczyński spóźnił się na wesele swojej córki, które miało odbyć się w Wersalu, właśnie dlatego, że zatrzymawszy się w przydrożnej gospodzie postanowił przyrządzić zupę cebulową.
Od tego czasu powstało wiele wersji tego dania, lecz dziś największą sławą cieszy się paryska zupa cebulowa - podawana z grzankami i kołderką z sera. Ja, osobiście, pierwszy raz spróbowałam tego specjału u koleżanki ze studiów, J., która spędziła kilka lat w Belgii i stamtąd właśnie przywiozła ze sobą ten przepis.
Pod spodem natomiast umieszczam wersję paryską zupy. Mimo mniemania, jakie wyrobił dziś sobie świat na temat kuchni francuskiej, przepis ten pokazuje, że nie tylko fois gras, ślimaki i owoce morza królują na francuskich stołach i cieszą się sławą we francuskich restauracjach na całym świecie. Przecież głównym (i jednym z niewielu) składnikiem zupy jest cebula - jedno z najtańszych i umówmy się niezbyt wyszukanych warzyw.

Soupe à l'oignon
50g masła
4 duże cebule - pokrojone w cienkie plasterki
3/4 szkl. wytrawnego białego wina (opcjonalnie)
4szkl. bulionu wołowego
1 liść laurowy
1 łyżka mąki
1 łyżeczka listków świeżego tymianku (oczywiście można zastąpić suszonym)
1 mała bagietka
1 szkl. drobno startego sera (opcjonalnie)

Masło rozpuścić w dużym rondlu i usmażyć na nim cebulę na średnim ogniu. Mieszać przez około 30 minut, aż uzyska złoty kolor. W średnim rondlu zagotować bulion wołowy, do którego należy dodać liść laurowy. Zdjąć bulion z ognia. Obsmażone cebule oprószyć mąką i smażyć je mieszając aż wszystko zacznie wrzeć i zgęstnieje. Stopniowo dolewać do cebuli gorący wywar, mieszając aż do ponownego zgęstnienia. Następnie zmniejszyć ogień i gotować przez około 20 minut bez przykrycia, na wolnym ogniu. Wyjąć liść laurowy i dodać tymianek. Podczas gdy zupa będzie się gotowała, pokroić bagietkę na kromki, a te z kolei w kostkę. Ułożyć w piekarniku na blasze i lekko zrumienić. W wersji z serem, w tym miejscy należy oprószyć nim pieczywo. Wlać zupę do miseczki i posypać po wierzchu grzankami z serem.
P.S. Przepis został zaczerpnięty z "Podróży Kulinarnych. Kuchnia Francuska".

Na wierzchy zupy można ułożyć kawałki sera.


Smacznego Wszystkim Łasuchom 

czwartek, 19 stycznia 2012

1 CHICKEN PLEASE AND I'LL BE FINE.

Jestem zwolenniczką "znachorstwa". Wychodzę z założenia, że skoro boli mnie żołądek, najlepszym na to lekarstwem będzie kubek świeżo zaparzonej mięty, a nie kupiona w aptece tabletka. Wolę sto razy bardziej zażywać lekarstwa pochodzenia naturalnego, niż osłabiać własny organizm coraz to nowszymi pigułkami, bo na poprzednie już się zdążyłam uodpornić. Podobnie traktuję jedzenie - jak lekarstwo, czasami naprawdę niezbędne, aby lepiej się poczuć. 
Być może właśnie dlatego zafascynowała mnie filozofia i podejście do kuchni oraz medycyny mieszkańców Państwa Środka. Ich tradycja kulinarna idzie ściśle w parze z medycyną. Nie mówię, że przy poważniejszych chorobach, należy się tylko najeść i wszystko samo przejdzie. Jednak nawet w Polsce ogólnie znaną i praktykowaną rzeczą jest traktowanie jedzenia jako lekarstwa. Mój kochany P. na przykład staje się prawdziwym despotką, kiedy choruję i każe mi jeść czosnek na surowo, czasami bez niczego. Gotuje mi też tłusty rosołek z serduszkami biednych kurczątek - nie powiem, przepyszny :] Mama z kolei zawsze mi robiła rosół z ryżem, którego nawet teraz potrafię zażądać, kiedy poczuję się choć trochę źle. Wracając do Chin, naszej drugiej już podróży, ich podejście do kuchni jest niezwykle mądre. Traktowanie jedzenia jako medycyny naturalnej, wydaje się być o wiele lepszym, zdrowszym i ciekawszym rozwiązaniem podczas niegroźnych dolegliwości, niż łykanie raz po raz bliżej nieokreślonych medykamentów. Czy mamy stać się tym społeczeństwem, które na zwykłe przeziębienie bierze antybiotyk, a potem dziwi się, ze choruje coraz częściej? Czy lepiej może najeść się tego czosnku, wypić herbaty z malinami i zjeść na obiad tłusty rosołek? 

Jak twierdzą Chińczycy, wszystko na ziemi składa się z 5 podstawowych elementów. Wody, ognia, drewna, metalu oraz ziemi. Aby równowaga została zachowana, wszystkie te elementy muszą ze sobą współgrać. Podobnie jest z organizmem człowieka. On też ma 5 najważniejszych elementów, których  wspólne działanie razem, powoduje, że ciało funkcjonuje w harmonii. Mamy 5 najszlachetniejszych organów : serce, płuca, żołądek, wątrobę oraz nerki. Jeśli wszystko działa tak, jak należy, człowiek jest zdrowy i zadowolony. Wiele wieków temu, powstała w Chinach filozofia, która istnieje do dzisiaj i która połączyła nierozerwalnie kuchnię z lecznictwem. Aby organizm człowieka funkcjonował prawidłowo, nic prostszego, należy jedynie zdrowo się odżywiać i głęboko oddychać, a dożyjemy późnej starości. Jakie więc z tego wynika motto ? "Nie przejadaj się !". Nie jest to nic nowego, Francuzi też szczycą się posiłkami skąpymi, jednak dość częstymi. Według filozofii Państwa Środka, najlepszym stanem jest właśnie niedojedzenie. Wówczas, nie gnębi nas głód, ale też możemy jasno myśleć - jak wiemy w chwilach żywieniowego upojenia, to jest kultywowania obżarstwa, człowiek staje się przyjemnie senny, a myśli w jego głowie płyną coraz ciężej i wolniej. Wyobraźmy sobie, tak jak tłumaczą to sobie Chińczycy, że Nasz organizm to lutnia, a żyły są strunami. "Aby wydobyć z tego instrumentu czyste tony [...], nad sercem i językiem musi panować ogień, nad nerkami i pęcherzem - woda, nad płucami - metal, nad pęcherzykiem żółciowym i żołądkiem - drewno i ziemia". Zasada ta znalazła swoje odzwierciedlenie w 5 smakach - gorzkim jako ogniu, słonym odzwierciedlającym wodę, ostrym jako metalu, kwaśnym jako drewnie i wreszcie słodkim określającym ziemię.
Co do produktów leczniczych, Chińczycy odkryli ich całkiem sporo. Przy gorączce i infekcjach, czy też stanach zapalnych, kacze mięso, arbuzy, dynie oraz soki owocowe są jak znalazł. Przy przeziębianiach należy spożywać kurczaka, wołowinę, jagnięcinę, wieprzowinę, orzeszki ziemne i korzeń żeń-szenia. Dobre jedzenie jest gwarantem zdrowia, daje nam siły witalne i energię (qi). Czyż to nie piękne podejście?
Na obiad zaserwowałam więc kurczaka szantuńskiego. Mimo, że jestem fanka słonego, jego ostro-słodki smak był niebiański, dawno już nie jadłam czegoś tak pysznego. Przepis, jak wszystkie zresztą, które ośmielam się wypróbować, a które są pochodzenia egzotycznego, jest prosty i niedrogi. Trochę długo się piecze kurczaka, ale zapewniam Was, ze warto czekać na ostateczny rezultat. 

KURCZAK SZANTUŃSKI
1 ząbek czosnku - zmiażdżony
10g startego korzenia imbiru
1 łyżka sosu sojowego ciemnego
1 łyżka sherry wytrawnego (zastąpiłam wodą)
2 łyżeczki ziaren pieprzu syczuańskiego (użyłam kolorowego, świeżo mielonego)
2 łyżeczki oleju arachidowego (użyłam sezamowo-imbirowego, ale myślę, że zwykły też będzie dobry)
pierś z kurczaka

Czosnek, imbir, sos sojowy, sherry, pieprz i olej wymieszać w misce lub naczyniu plastikowym, włożyć do niego pokrojonego na większe kawałki kurczaka, obtoczyć go w marynacie i zostawić w lodówce na noc.
Następnego dnia rozgrzać piekarnik do 220 °C. Brytfankę żaroodporną napełnić do połowy wrzątkiem, umieścić kurczaka na kratce posmarowanej olejem i wstawić do brytfanki (użyłam szpikulców do grilla, które ustawiłam nad brytfanką w piekarniku). Piec kurczaka bez przykrycia przez 1h 20minut (albo jak ja - do miękkości i zarumienienia - niecała godzina). W międzyczasie należy przygotować sos szantuński do kurczaka.

SOS SZANTUŃSKI
1/3 szklanki cukru
1/2 szklanki wody
2 łyżki octu z białego wina
1 świeża mała czerwona papryczka chilli, drobno posiekana

Cukier z wodą połączyć w małym rondelku i mieszać na małym ogniu, aż cukier się rozpuści. Gotować bez przykrycia oraz bez mieszania, około 5 minut. Zdjąć z ognia, wlać ocet i wrzucić posiekaną papryczkę. (Sos wyjdzie przezroczysty, jak zapewne się domyślacie i będzie miał konsystencję wody. Co tu dużo gadać, będzie wyglądał jak woda, w której pływa sobie papryczka chilli. Smak jednak będzie idealny - słodko-pikantny. Polejcie go sobie tyle ile Wam się zamarzy). Gdy mięso będzie gotowe, polać je na talerzu sosem.

Kurczaka podałam z ryżem. Ale w książce, z której wzięłam przepis ("Podróże kulinarne. Kuchnia Chińska") zasugerowano, aby danie jadać z kluskami smażonymi na chrupko. Moim jednak zdaniem pasować do tego będzie również makaron sojowy, posypany ziarnami sezamu.

Kurczak w marynacie.
A oto efekt końcowy.

Smacznego Wszystkim Łasuchom i Fanom kuchni chińskiej ;)

środa, 18 stycznia 2012

STYCZNIOWY OGIEŃ

Jak to w styczniu bywa, pogoda Nas nie rozpieszcza. Wiatr hula, słońce zniknęło za gęstymi chmurami, a śnieg przedziera się cwaniacko za kołnierz płaszcza. Czy Wam też nie chce się wychylać nosa poza dom? Najchętniej zaszylibyście się pod kocem, włożyli grube skarpety i zrobili sobie cały dzban herbaty z malinami? W taką pogodę marzy mi się kaflowy piec i wielki gar gęstej, ostrej zupy.
Tylko to sobie wyobraźcie : mała kamienna chatka, duży kamienny piec, koc w kratkę, malinowa herbatka i miska zupy z soczewicy. Pikantnej, oczywiście. Żeby wypaliło wszystkie zarazki. A wszystko to w samym środku stumilowego, ośnieżonego lasu :)
Kiedy za oknem mróz i zawierucha, lubimy z P. jadać gorąco, pokrzepiająco, pikantnie i obficie. Zupa, jak wiemy zawsze jest dobra w walce z zimnem, rosół ma ponoć właściwości lecznicze, więc logiczne zdaje się spożywanie jej w taką pogodę. 
Poniżej zamieszczam przepis na zupę z soczewicy właśnie. Dlaczego? Dlatego, że jest tak sycąca, że z powodzeniem może zastąpić drugie danie. Dlatego, że ma cudowny smak i mimo, że nie ma w niej ani grama mięsa (jest kostka rosołowa wołowa, ale umówmy się, że to nawet obok mięsa nigdy nie leżało), a smakuje jak dobry gulasz (mięsożerny P. zajada się zupką i o dziwo nie pyta nawet o żadne mięsko. Jak widać więc, opcja ta jest również strawna dla mięsolubych osobników). Poza tym jak to zupa, jest diabelnie prosta - wiecie, wrzuca się wszystko do garnka w odpowiedniej kolejności i odpowiednio długo kisi pod przykryciem. No i jest piekielnie ostra. Oczywiście. Ale to już opcja dla fanów pikantnej kuchni, można ją przecież przyprawić o wiele łagodniej. 
Z przepisu, który podam wychodzi mały garnek zupy - bądźmy szczerzy, dla mnie i P. to już dwa obiady, więc przyjmijmy, że przepis jest na 4 porcje.

1,5 l wody
1 średnia marchewka pokrojona w kostkę
1 pietruszka pokrojona w kostkę
pół cebuli pokrojonej w kostkę (nie musi być drobno, w zależności, jak kto lubi)
2 ząbki czosnku pokrojone w kostkę (nie trzeba siekać)
1/3 papryczki chilli czerwonej (przekroić na pół, usunąć gniazda nasienne i pokroić w paseczki)
1/3 papryczki chilli zielonej (pokroić tak samo, jak czerwoną)
pół czerwonej papryki, pokrojonej w kostkę
1 kostka wołowa
2 listki laurowe
1 pomidor pokrojony w kostkę (nie trzeba koniecznie obierać go ze skórki)
1/4 opakowania soczewicy zielonej
1/3 łyżeczki sproszkowanej papryczki chilli z pieprzem cayenne
1 łyżeczka sproszkowanej papryki słodkiej
sól i pieprz kolorowy (najlepiej świeżo zmielony) - według uznania
pietruszka świeża lub suszona
oregano

1,5 l wody zagotować w garnku, wrzucić do niej marchewkę, pietruszkę, cebulę, czosnek, papryczki chilli, paprykę czerwoną i kostkę wołową z liśćmi laurowymi. Gotować na małym ogniu do zmięknięcia wszystkich warzyw, po czym dodać cały pomidor, pokrojony w kostkę i soczewicę. Gotować do momentu, aż soczewica zmięknie, wtedy dopiero można przyprawić zupę. Po przyprawieniu gotować jeszcze 10 minut, na wolnym ogniu. W razie, gdyby zupa była za gęsta, dolewać po trochu wody. Ot i cała filozofia. 
P.S.Gotować pod przykryciem !

Gorąco polecam nie tylko Łasuchom, ale wszystkim Głodomorkom oraz tym, którzy spragnieni są ciepła w te zimne dni  :-}
Wasz Naczelny Łasuch.

wtorek, 17 stycznia 2012

FILOZOFIA JEDZENIA

Jednym z moich ulubionych sposobów na odnalezienie odskoczni od rzeczywistości jest gotowanie. Możecie nazwać mnie prostą lub mało ambitną, ale wychodzę z założenia, że właśnie to co najprostsze i nieskomplikowane dostarcza nam w życiu największą przyjemność i satysfakcji. Gdy się denerwuję - gotuję chilli. Gdy jestem zestresowana - piekę muffinki. Gdy coś mnie frustruje - robię chleb. Gdy chcę coś przemyśleć w spokoju - szukam nowych przepisów i natychmiast je wypróbowuję. Tak już mam i dobrze mi z tym. Myślę, że P. również to odpowiada, znając jego upodobanie do konsumowania "rozmaitych rozmaitości". A ja mam tę przyjemność obserwowania jego rozrastającego się systematycznie bębenka.
Jakiś czas temu odkryłam, że nie tylko nowe przepisy i wypróbowywanie ich sprawia mi frajdę. Również czytanie o różnych kuchniach sprawia mi niewymowną przyjemność. Postanowiłam więc zakupić książki kulinarne z tych rejonów świata, które najbardziej chciałabym odwiedzić. Kupuję z ogromną pasją i zawsze nieukrywanym zachwytem oraz fascynacją książki o kuchni i kulturze azjatyckiej - tak cudownie innej od naszej. To nieważne, że połowa przepisów nigdy nie zostanie zrealizowana ze względu na brak odpowiednich artykułów lub też ze względu na skandaliczne ceny, ale samo przeglądanie tych obrazków, czytanie o tym, jak i co się je na przykład w Indiach, powoduje u mnie ogromne rumieńce ekscytacji. Dziś więc pragnę Was zabrać w naszą pierwszą, jedną z wielu mam nadzieję, podróż - do Japonii.
Najbardziej uderzającą rzeczą w japońskiej kuchni nie jest jedzenie, ale niemal pedantyczny sposób jego podawania. Nawet jeśli jest to ryż, na który położono kawałki mięsa z warzywami (wydawałoby się, że w nieładzie) - zawsze zachowany jest w tym pewien ład i porządek. Japończycy wierzą, że samo jedzenie ma nam dostarczać głębszych przemyśleń i zaspokajać nie tylko nasz głód, ale i poczucie estetyki. Japończyk zastawiając stół, zastanawia się nad związkiem podawanych dań z naturą, ludźmi, czy nawet całym wszechświatem. Ułożenie dań na stole zawsze stanowi przemyślaną kombinację oraz odnosi się znacząco do pory roku, natury i emocji. Istnieje pewne japońskie powiedzenie, które doskonale charakteryzuje to nietypowe dla nas podejście - "Chińczyk, widząc coś, co rośnie lub się rusza, myśli jak to przyrządzić, aby zjeść, Japończyk zaś - jak można zjeść to pięknie".
Filozofia jedzenia moim zdaniem nie odnosi się tylko do pięknego podania potraw. To również dążenie do harmonii smaków. Nie tylko Chińczycy uważają, że łączenie ze sobą smaku słodkiego, słonego, kwaśnego, gorzkiego i ostrego należy łączyć w odpowiedni sposób, aby przechodziły przez kubki smakowe, ukazując przy tym bogactwo potrawy, Japończycy również podzielają tę filozofię. Co ważniejsze, połączenie takie pozwala utrzymać równowagę naszemu organizmowi.
Dzisiaj więc zaprezentuję potrawę z kuchni japońskiej. Nie, nie będzie to sushi, bo nie tylko to możemy znaleźć w jadłospisie typowego Japończyka. Właściwie, to sushi nawet dla przeciętnego Japończyka jest daniem jadanym "od święta". Chciałabym z Wami podzielić się przepysznym przepisem na wołowinę w sosie sojowym na słodko z ryżem. Cudowna słodkość sosu i cebulki wspaniale komponują się z cienkimi plasterkami wołowiny oraz ryżem jaśminowym.

1/2 szkl. sosu sojowego / użyłam sosu Teriaki
1 łyżka cukru
1/4 szkl. mirin albo innego słodkiego białego wina 
300g polędwicy wołowej / użyłam udźca wołowego - pokrojone na plasterki (lub paski) o grubości kartki papieru (czyli baaaardzo cienko)
2 cebule dymki (pokrojone ukośnie na 2cm plastry) lub pół cebuli cukrowej (pokrojonej w cienkie półkrążki)
2 łyżeczki świeżego soku imbirowego lub po prostu starty imbir

torebka ryżu jaśminowego


W średnim rondlu doprowadzić do wrzenia sos sojowy, cukier i mirin. Dodać wołowinę, gotować mieszając, aż wołowina zmieni kolor. Odcedzić mięso, sos zostawić w rondlu i dodać do niego cebulę. Gotować na wolnym ogniu przez 3 minuty, aż cebula się zeszkli. Przełożyć wołowinę z powrotem do rondla i dolać sok imbirowy. Gotować jeszcze chwilę. Przełożyć ugotowany ryż jaśminowy na talerz, polać go wołowina i sosem. Można podawać z roszponką polana resztka sosu.
*Po ugotowaniu, ryż włożyłam do foremek do muffinek, docisnęłam go mocno do dna i wyłożyłam na talerz, tak, że powstały z niego ładne i kształtne "górki".
A oto "górki ryżowe".

Mam nadzieję, że ten przepis przypadnie Wam do gustu. Mimo swojego pochodzenia, jest niezwykle prosty w wykonaniu, a co najważniejsze, nie ma wymyślnych składników. Wszystko można dostać w zwykłym sklepie i nie jest to zbyt kosztowne. Kupiłam dwa grube plastry wołowiny, z jednego zrobiłam to danie, z drugiego zrobię jutro steki w stylu kantońskim (kuchnia chińska). Jeśli chodzi o imbir, też nie musicie przecież kupować całego korzenia, ja kupuję zwykle kilkucentymetrowe jego kawałki.
Dla ciekawskich podam, ze przepis (lekko zmodyfikowany), zaczerpnęłam z książki wydawanej z Rzeczpospolitą pt. "Podróże kulinarne. Kuchnia Japońska".

Smacznego !
Wasza Harmonijka (jak nazwał mnie P. po przeczytaniu tego wpisu)

niedziela, 15 stycznia 2012

ŚNIADANIOWY SONG

Niedziela - Dzień Święty. Dzień, który kojarzy mi się z błogością, spokojem, pysznym obiadem i dogadzaniem sobie porannym, słodkim i typowo weekendowym śniadaniem. Ulubione są naleśniki, ale bądźmy szczerzy komu się chce je smażyć z rana? Na pewno nie mi. Tosty francuskie na słodko, to już z kolei inna bajka. Mniej skomplikowana, to na pewno. Może i też trzeba do nich wyjąć patelnię, ale stoi się nad nią tylko chwilę. Moje tosty są zawsze pełne cukru pudru, cynamonu, a w chwilach niepohamowanego burżujstwa, nawet świeżych, soczystych borówek.

TOSTY FRANCUSKIE
chleb / bułka
jajko
mleko
cynamon
cukier puder
śmietana kremówka 30%

masło i olej

Procedura niezwykle prosta, każdy chyba ją zna. Bierzemy chleb, maczamy co w rozbełtanym jajku, następnie maczamy go w mleku zmieszanym z cynamonem i smażymy na patelni, gdzie wcześniej rozpuściliśmy i rozgrzaliśmy masło z odrobiną oleju słonecznikowego. Po usmażeniu wymarzonej ilości tostów, posypujemy je na talerzu cukrem pudrem i polewamy śmietanką. 
Wiem, jest to bomba kaloryczna, ale kto powiedział, że miała nie być? Poza tym, życie jest znacznie przyjemniejsze, gdy nie myślimy o tym, co taką bombą jest, a co nie. A weekend jest przecież też po to, aby sobie odpocząć i się odprężyć. Czy po takim śniadaniu nie bylibyście rozkosznie rozweekendowani? Polecam jeść w łóżku, albo wciąż w piżamie, aby naznaczyć piętnem czystej radości nadchodzący dzień.

Oczywiście możecie też zjeść standardowe kanapki. Takie jak te, które zrobił mój P. któregoś razu.
Kosmita..

Mała partyjka szachów?

A oto nasz faworyt - smok Bazyli.


Kto jednak powiedział, ze tylko z kanapek można zrobić cuda? Takie na przykład placki...

Cyklop

Zimowo - Bałwanek

Hm... Pac-man

A gdyby tak rozlać trochę mleka czekoladowego.....
.....to wyjdzie nam chochlik stołowy.

Pamiętajmy jednak, że nie dla wszystkich śniadanie jest porą przyjemną...

Cześć i czołem !

P.S. Autorem wszystkich kanapek, plackowych ekscesów był mój ukochany i niezwykle utalentowany P. 

;)



sobota, 14 stycznia 2012

ROZZIMOWAŁO SIĘ

Już jest, trochę spóźniony, o kiepskim wyczuciu czasu, ale jest. Zakradł się w nocy, poosiadał bezszelestnie na drzewach i dachach, pokrył białym dywanem chodniki i ulice. Nareszcie można zatopić się w ciszy zimy. Oczywiście takie zatapianie się ma swój największy czar w okresie przedświątecznym i podczas samych świąt, ale na to już za późno. Trzeba cieszy się z tego, co się ma.
Z uczuciem tęsknoty i typowej zimowej nostalgii, zapaliłam lampki i świeczki o zapachu cynamonu i goździków. Z notatkami w ręku (sesja) i pod kocykiem w różowo-fioletową kratkę zaszyłam się w fotelu pod oknem (tylko mruczenia kota brakuje, ale ten urzęduje w Olecku). P. puścił nawet "Zimę" Vivaldiego, żeby uczcić ten doniosły dzień.
Aby podkreślić zimową atmosferę, postanowiłam upiec jakieś smaczne i aromatyczne ciacho. A może to po prostu dlatego, że oboje z P. jesteśmy łasuchami? A może zwyczajnie mocno czekoladowe ciasto kojarzy mi się z dzieciństwem i z zima właśnie? Tak więc propozycją dzisiejszego dnia jest murzynek, ale w wersji dość nietypowej, odświętnej, aby powitać śnieg. 

Murzynek z malinami według przepisu Anny Olson
100g gorzkiej czekolady
200g masła
1 szkl. cukru
2 jajka
ekstrakt waniliowy 
ekstrakt migdałowy
pół szkl. mąki
1/4 szkl. kakao
pół łyżeczki cynamonu
pół łyżeczki zmielonych goździków
pół łyżeczki sody
pół łyżeczki proszku do pieczenia
1/3 szkl. dżemu z malin

Czekoladę z masłem rozpuścić w kąpieli wodnej. W drugiej misce zmieszać ze sobą jajka, cukier, ekstrakty, mąkę, kakao, przyprawy oraz sodę z proszkiem do pieczenia. Gdy masa będzie już gładka, dodać do niej rozpuszczoną w maśle czekoladę. Dokładnie wymieszać wszystko razem tak, aby nie było grudek. Ciasto powinno mieć gęstą konsystencję. Połowę masy wlać do natłuszczonej, kwadratowej formy o boku 20cm. Na to wylać dżem malinowy i dokładnie rozsmarować po całej powierzchni. Na wierzch wyłożyć resztę ciasta i rozsmarować dokładnie tak, aby nie wystawał spod spodu dżem. Piec w temperaturze 175°C przez 20-30 minut.
Jeszcze mały widok z okna
I mała pozostałość po świętach.

Smacznego Wszystkim i udanego weekendu.


piątek, 13 stycznia 2012

BELLA ITALIA - VIVA LA LINGUINE PASTA

Myślę, że z powodzeniem mogłabym mieszkać we Włoszech. Nie miałabym nic przeciwko temu, naprawdę. Pasta na obiad, tiramisu i panna cotta na deser, bruschetta na przekąskę i tony różnego rodzaju mozzarelli do wyboru. Żyć nie umierać. Nie chcę Was okłamywać, ale uważam, ze idea siesty w ciągu dnia wydaje się być po  prostu kusząca. Widzę to tak : ja i P. przytuleni na jednym hamaku, kołyszemy się delikatnie w takt bryzy morskiej. Powietrze jest przesycone zapachem słonego morza, bazylii i oregano, a świeże pomidory i soczyste oliwki same znajdują drogę do naszych ust. Jednym słowem, słodkie obżarstwo nad morzem w promieniach słońca. Tak, piękne to marzenie, ale niestety całkowicie nierealne. Dlatego nie My do Bella Italli, tylko Bella Italia do Nas. Pod postacią przepysznej pasty, oczywiście. Bo pod jakąż by inna?
Danie jest proste i nie wymaga zbyt dużej pracy oraz nie wiadomo jakich składników. Jedwabisty, śmietanowo-cytrynowy sos, tak inny od tych, które znacie, można by zajadać chochlami. Cudowny linguine ugotowany al dente jest rozkosznie jędrny. Czego więcej potrzeba? Moim zdaniem tylko bezchmurnego nieba ;)
Podaję przepis, który możecie uważać za podstawę sosu. Wszystkie dodatki na które macie ochotę - zioła, mięsa czy warzywa, dodawajcie według własnych upodobań. Ja wykorzystałam jedynie trochę postrzępionego mięsa z ugotowanych wcześniej udek kurczaka.

MAKARON:
pół opakowania makaronu typu linguine (makaron jest podobny do spagetti, różnica polega jedynie na tym, że linguine jest płaski i cienki)
50g masła 

Makaron ugotować, odcedzić i przerzucić z powrotem do garnka. Dodać do niego masło i wymieszać, aż się rozpuści. 

SOS ŚMIETANOWO-CYTRYNOWY:
2 żółtka
starty ser (ilość wedle uznania)
1 małe opakowanie śmietany 18% (użyłam jogurtu naturalnego, trochę light w stosunku do reszty składników)
skórka z 1 cytryny
sok z połówki cytryny

Wymieszać wszystkie składniki w misce, w takiej samej kolejności, jak podałam wyżej. Gdy makaron zostanie Ugotowany, odcedzony i wymieszany z masłem, dodać do niego część sosu i starannie wymieszać, pozostawiając garnek na bardzo małym ogniu. Przenieść makaron na talerze, polewając każdą z porcji pozostałością sosu i oprószyć dodatkową porcją sera.  
Może i wygląda skromnie, ale zapewniam Was, że smak ma bogaty i niezwykle delikatny, mimo kwaśnej cytryny.
Smacznego wszystkim Łasuchom i Głodomorom!
Życzę gustosa pasta !

czwartek, 12 stycznia 2012

IT'S BRUNCH TIME. 2 SALADS, PLEASE !

Na pewno zdarzyło się Wam nie raz zjeść swój pierwszy posiłek dopiero w południe. Późne śniadanie. Znam ten ból : a to nie było czasu, nawał pracy, trzeba było wcześnie wstać i biec szybko na zajęcia, albo po prostu klasyczne - "Zaspałam!". Mam tak praktycznie codziennie. Chyba jedynie  w weekendy i wolniejsze dni mam okazję zjeść śniadanie jak normalny człowiek. 

Spotkawszy się wczoraj z drogą A. (takie tam babskie sprawy przy kubku kawy), uzgodniłyśmy, że nic jeszcze nie jadłyśmy, a była już 12 ! Siedziałyśmy w mojej kuchni i pomyślałam, że sałatka jest tu idealnym rozwiązaniem. Po pierwsze, nie jest to kanapka, którą statystycznie je się 3, jak nie więcej, razy na dzień. Każdemu może się w końcu znudzić. Po drugie, sałatkę z reguły robi się bardzo szybko - przecież chodzi tu jedynie o to, aby wrzucić do miski parę składników i zabełtać. Żadna filozofia. I wreszcie po trzecie i najważniejsze, sałatki są pycha ! 
Uraczyłam głodną A. sałatą z roszponką, camembertem i sosem jagodowo-balsamicznym. Do tego grzanki posmarowane odrobiną oliwy. Palce lizać i miskę też.

SAŁATKA Z CAMEMBERT W BALSAMICZNYM SOSIE JAGODOWYM
cały camembert
łyżka grubo mielonego pieprzu
garść sałaty
garść roszponki
garść rukoli
może być jeszcze garść świeżych ziół (pietruszka, koper, kolendra, bazylia, szczypiorek)

SOS:
łyżka oliwy
garstka szczypiorku
łyżka octu balsamicznego (lub pół łyżki koncentratu z octu balsamicznego)
1/2 szkl. świeżych jagód (mogą być mrożone lub można do tego wykorzystać niskosłodzony dżem)
świeżo zmielony pieprz

Kawałki sera obtoczyć w pieprzu, zawinąć w folię aluminiową i włożyć do piekarnika na 2 minuty (180°C)
Posiekać grubo zioła, sałatę porwać na dość grube kawałki. Wrzucić do miski i dodać do nich rukolę z roszponką. W oddzielnej miseczce wymieszać oliwę z octem i jagodami, posypać pieprzem. Zalać mix ziół i sałat sosem, posypać wszystko szczypiorkiem. Wrzucić do sałatki kawałki podtopionego camemberta. Podawać z grzankami, posmarowanymi oliwą.
 

Kolejna propozycja była hitem śniadaniowym małych barów w latach '80-tych w Wielkiej Brytanii. Łączy w sobie to co brytyjskie - jajka i chrupiący boczek oraz to co kosmopolityczne z punktu widzenia typowego Brytyjczyka tamtego okresu - rukola, musztarda Dijon i sos sojowy. W latach '80 Anglia przechodziła swego rodzaju rewolucję kulinarną i w restauracjach zaczęły się pojawiać takie przysmaki, jakich żaden szanujący się Brytyjczyk nie wetknąłby wcześniej do ust. Popularna stała się między innymi kuchnia francuska. Proponowana poniżej sałatka jest idealną opcją na późne pierwsze śniadanie. Jajka ugotowane na pół-twardo oraz chrupiący, smażony boczek dają na uczucie sytości, a sałata i rukola wmawiają, że skoro jemy zielony, to musi to być zdrowe. 

SAŁATA Z BEKONEM I JAJKAMI
2 jajka
pół główki sałaty
boczek pokrojony w cienkie plastry (mniej więcej 3 lub 4)
cebula pokrojona w krążki
jeden ząbek czosnku, zmiażdżony
łyżeczka musztardy Dijon
łyżka sosu sojowego
łyżeczka octu balsamicznego
sól

Jajka gotować przez 1 minutę, a potem zostawić w gorącej wodzie przez 10 minut. Boczek z czosnkiem i cebulką podsmażyć, Położyć boczek na pokruszoną sałatę i ułożyć na tym pokrojone w ćwiartki jajka.

SOS:
Do oleju, który został na patelni po bekonie, dodać ocet, musztardę, sos sojowy i sól. Wymieszać i polać sosem sałatę z jajkami i bekonem.


Smacznego wszystkim Łasuchom!

wtorek, 10 stycznia 2012

A LITTLE BIT OF HEAVEN FOR HEAVY MORNING

   Uwielbiam spać. Prawdopodobnie przespałabym większą część mojego życia, jednak Los karze mnie okrutnie i prawie nigdy nie doświadczam tych idealnych nocy i poranków, kiedy mogę nieprzerwanie kultywować moje upodobanie do snu. Albo budzik, albo sąsiadka grająca na pianinie o 7 rano, albo mały sąsiad płaczący o 5 nad ranem skutecznie mi to uniemożliwiają.
    Sami więc chyba rozumiecie powagę sytuacji - śpioch pozbawiony wystarczającej (dużej) ilości snu. W takich sytuacjach humor poprawia porządne, królewskie śniadanie. Osobiście jestem zwolenniczką tych tłustych angielskich, gdzie to na patelnię wrzuca się wszystko i obficie polewa zatykającym żyły tłuszczem. Jednak gdybym praktykowała to codziennie, nie nadążałabym z kupowaniem spodni.
    Poniżej zamieszczam moje ostatnie przepisy na ciężkie poranki. Nie tylko te niedospane, ale też stresujące. Bo czyż nie każdy powód jest dobry, aby znaleźć pocieszenie w cudownej bułeczce kokosowej w zestawie z  czarną jak smoła, pokrzepiającą kawą?
    Ten przepis nazwałam MY COCO-YEAST-SCONES FOR HEAVY MORNING. Nie myślcie jednak, że piekę te bułeczki tego samego ranka, którego zamierzam je pochłonąć na śniadanie. Zapewniam Was, że po 1,5h czekania, aż ciasto wyrośnie, nawet taka rozkoszna bułeczka nie byłaby w stanie poprawić mi humoru. Piekę je zazwyczaj dzień przed, najlepiej w weekend, aby mieć pyszną pociechę w niedzielny lub poniedziałkowy poranek.

CIASTO:
600g mąki pszennej
24g drożdży
1 szkl. letniego mleka
2 jajka
100g roztopionego masła
60g cukru
1/4 łyżeczki soli
Mąkę wymieszać z drożdżami (ze świeżych najpierw zrobić zaczyn). Dodać pozostałe składniki (oprócz masła) i wyrabiać, aż ciasto będzie gładkie i elastyczne. Pod koniec dodać masło. Zostawić do wyrośnięcia na około 90 minut.

NADZIENIE:
puszka mleka skondensowanego (ja robię to z połową szklanki zwykłego mleka, wtedy dodaję cukier)
1 szkl. wiórków kokosowych
2 żółtka
2,5 łyżki mąki ziemniaczanej

W małym garnuszku przygotować nadzienie. Najpierw wlać mleko i żółtka, dokładnie wymieszać, a następnie dodać do tego mąkę. Gdy masa będzie gładka, bez grudek, wsypać do niej wiórki. Nadzienie ma mieć konsystencję dość gęstą, aby nie mogło wyciec z bułeczek, tylko ładnie się przypiec.

Gdy ciasto już wyrośnie, podzielić je na 16 równych części, z których należy uformować kulki, jak na bułeczki. Każdą z części rozwałkować. Posmarować nadzieniem (około 1 łyżki) i zawinąć jak naleśnika. Ostrym nożem przeciąć wzdłuż, zostawiając jeden z końców nieprzecięty. Spleść ciasto ze sobą, końcówki zapleść razem i zacisnąć na środku, formując z nich bułeczkę. Zostawić ponownie do wyrośnięcia na 20-30 minut. Przed pieczeniem posmarować jajkiem i posypać wiórkami. 
Piec 20-23 minuty w temperaturze 180°C.
Dla tych, którzy nie chcą się bawić w zaplatanie ciasta, polecam formę tradycyjna, tzn, zrobienie z ciasta normalnej bułeczki z farszem w środku.

Oto wersja dla leniwych.

Jeśli ktoś nie przepada za kokosami, może zrobić bardzo podobny farsz, na przykład cynamonowy lub czekoladowy.

CYNAMONOWY:
puszka mleka skondensowanego lub pół szkl. mleka zwykłego z cukrem (cukier wedle uznania)
opakowanie cynamonu
2 żółtka
2,5 łyżki mąki ziemniaczanej

CZEKOLADOWY:
Tak samo jak wyżej, tylko zamiast cynamonu rozpuścić w garnuszku tabliczkę czekolady. Jeśli czekolada będzie mleczna radzę używać mleka zwykłego z niewielką ilością cukru.


Smacznego Wszystkim Łasuchom i jak najmniej ciężkich poranków !

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Cześć i czołem

Drogie Łasuchy,
Wiele razy przymierzałam się do założenia takiego bloga, jednak zawsze w ostatniej chwili coś mnie do tego zniechęcało. Myśl ta jednak natrętna powracała cyklicznie i nie dawała o sobie zapomnieć. Tak więc, trochę onieśmielona zaczynam "na poważnie". 
Uwielbiam gotować i tuczyć mojego chłopaka (na dowód tego można zaobserwować u niego niewielką oponkę w okolicach dolnobrzusznych). Ale cóż mogę powiedzieć? Jedynie to, że kieruje mną pasja i umiłowanie do kuchni, do pichcenia, krojenia, siekania, wyciskania, doprawiania. A żeby nakreślić Wam lepiej rodzaj mojej kuchennej obsesji, nie chodzi w niej tylko o to, aby smażyć i piec. Wszelkie talerzyki, miseczki, kubeczki, filiżaneczki i inne drobiazgi z kuchnią właśnie związane, są przedmiotem mojej pogłębiającej się każdego dnia fascynacji. Obawiam się, że to nieuleczalne, niestety. 
Chciałabym więc umieszczać tu moje kulinarne ekscesy (umówmy się - eksperymenty), dawać upust mojej kulinarnej manii. Bo komu mam o tym opowiadać, jak nie osobom, które też się tym interesują? Mam wrażenie, że zamęczam już mojego kochanego P. swoją paplaniną na temat nowego, LEPSZEGO przepisu na ciężkie ciasto czekoladowe; albo tego, co jutro będzie na obiad (może coś ze szpinakiem?); czy wreszcie tego, czy nie uważa, że ta miseczka w kropeczki nie jest urocza i czy nie powinnam jej kupić. Bo bądźmy szczerzy - P. nie interesuje to, że ciasto będzie lepsze (będzie czekolada, a to najważniejsze), nie obchodzi Go też to, czy będzie szpinak, papryka lub cebula (oby było mięcho), a już na pewno nie interesuje go kolejna do kolekcji miska. Składam więc swój fanatyzm na Wasze barki i liczę na jakieś miłe słowo, od czasu do czasu;) No i oczywiście na dzielenie się ze mną swoimi przepisami, bo tego nigdy za wiele:)

Paulina.