sobota, 11 lutego 2012

Cassoulet, s'il vous plaît !

Śnieg wciąż za oknem. Mimo bezchmurnego nieba i pięknego słońca, mróz szczypie w twarz i próbuje odmrozić znaczące części ciała. Dlatego staram się jak najmniej wychodzić i grzeję dupkę przy kaloryferku, owinięta szczelnie w zielony sweterek. Potrawy, które robię o tej porze roku są ciężkie, gorące, nierzadko pikantne i niezwykle sycące. Trzeba przecież dbać o zapasy ciepła (sadełko), prawda? 
Ci, którzy zaglądają tu od czasu do czasu i czytają moje wpisy, wiedzą już zapewne, że cenię sobie prostotę w kuchni. Owszem, lubię wymyślne potrawy i kiedy mam wenę chętnie oddaję się wypróbowywaniu nowych, skomplikowanych przepisów, jednak nie da się ukryć, że w 95% przypadków wybieram ten przepis, który nie będzie wymagał ode mnie dużej straty czasu. Poza tym, nie zawsze mamy przecież czas, aby sterczeć przy kuchence bite 2 godziny. 
Tak więc przepis, który zamierzam dziś przedstawić jest banalnie prosty - typ, jeden z moich ulubionych, "wrzucam do garnka, mieszam i robi się samo". Może i cassoulet, które mam na myśli robi się 2 godziny, ale praktycznie bez naszego udziału. Na pewno go nie róbcie, gdy jesteście głodni jak pies. Możecie go sobie wypróbować w weekend. Plusem niezaprzeczalnym jest fakt, że naprawdę się przy tym nie napracujecie... No, jedynie na samym początku.
Cassoulet, jak zapewne się domyślacie, pochodzi z Francji. Francuzi do dziś sprzeczają się, z którego miasta tak naprawdę się wywodzi, albowiem aż trzy miasta walczą o przypisanie sobie jego pochodzenia - Castelnaudary, Toulouse oraz Carcassonne. Jedno nie ulega jednak wątpliwości, mianowicie to, że cassoulet jest potrawą niezwykle starą, bo powstała podczas wojny stuletniej, czyli w średniowieczu. Legenda głosi, że podczas oblężenia Castelnaudary przez Anglików, obrońcy miasta byli niezwykle głodni po toczących się walkach, toteż wydano rozkaz, aby przygotować żołnierzom sycące danie, ogromnych rozmiarów, które miałoby ich pokrzepić i dodać siły do dalszej walki. Powstała potrawa składała się z suchej białej fasoli i mięsa.
Dziś danie to jest również głównie oparte na fasoli, które stała się stałym elementem cassoulet (użyłam jednak soi, za co prawdopodobnie zostałabym we Francji zlinczowana). Rodzaje cassoulet różnią się od siebie jedynie doborem mięsa. W Castelnaudary jada się je z mięsem wieprzowym - boczkiem, słoniną, szynką i kiełbasą. Cassoulet z Tuluzy słynie z tego, że miesza z sobą różne gatunki mięs, jest w nim wieprzowina i jagnięcina i kaczka oraz obowiązkowo słynna kiełbasa z Tuluzy właśnie. Carcassonne z kolei dodaje do dania jagnięcinę i drób. 
Ważną też ciekawostką jest nazwa dania. Wzięła się ona od ceramicznego naczynia do zapiekania, w którym powinno się je przyrządzać. 

CASSOULET:
3/4 szklanki soi lub białej fasoli (które przygotowujemy przed gotowaniem tak, jak pisze na opakowaniu)
100g boczku
pałka wędzonej kiełbasy (może być też jagnięcina lub wieprzowina pokrojone w kostkę)
1 cebula, posiekana
1 mały por, cienko pokrojony
2 zmiażdżone ząbki czosnku
3 gałązki świeżego tymianku lub 1,5 łyżeczki suszonego
200g pokrojonych pomidorów (mogą być z puszki)
2 liście laurowe
1 szkl. wody
1 szkl. bulionu drobiowego
1 szkl. bułki tartej
posiekana pietruszka, według uznania

Ziarna soi lub fasoli należy namoczyć w zimnej wodzie, według instrukcji napisanej na opakowaniu. Jeśli wybierzecie soję, należy ją jeszcze godzinę pogotować, zanim dodacie ją do dania.
Nastawić piekarnik na średnią temperaturę.
W rondlu obsmażyć boczek z kiełbasą lub innym mięsem (nie dodawać na patelnię żadnego tłuszczu, ten, który wydobędzie się z mięsa w zupełności nam wystarczy, inaczej danie będzie za tłuste !), gdy mięso będzie rumiane i lekko chrupiące, należy je przełożyć do żaroodpornego naczynia. Na oleju pozostałym ze smażenia mięsa, podsmażyć cebulkę z porem i czosnkiem, aż nabiorą miękkości. Po chwili dodać do nich pokrojone w kostkę pomidory (nie trzeba ich ani obierać ani wydrążać, po prostu zachować z nich wszystko). Smażyć przez niecałe 3 minuty, aby pomidory trochę zmiękły i przełożyć wszystkie warzywa do żaroodpornego naczynia, gdzie czeka już mięso. 
Zalać danie rosołem i wodą. Dodać do tego liście laurowe i posypać równomiernie tymiankiem. Przykryć i wstawić do piekarnika na 40 minut. 
Po 40 minutach duszenia w piekarniku, wyjąć danie, obsypać równomiernie bułką tartą i pietruszką i wstawić na kolejne 40 minut do piekarnika (lub do czasu, aż soja/fasola wchłoną cały płyn i będą miękkie), tym razem już bez pokrywki.
Po wyjęciu, wymieszać wszystko ze sobą, przełożyć do miseczek i pożreć :)


Dania nie trzeba niczym innym przyprawiać, od boczku, kiełbasy i rosołu jest idealnie słone. Smak - niesamowity. Gorące i sycące, idealne na zimowe obiadki.
Pozdrawiam wszystkich Łasuchów,
Paulina.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza