Staram się co roku wyszukać jeden nowy przepis na Wigilię do przetestowania. Oprócz tych kilku potraw, które towarzyszą nam co roku, zawsze jest jedna nowa. Rok temu był to pasztet z selera. Przymierzałam się do tego przepisu od dawna i wreszcie go zrobiłam. Rezultat przeszedł moje oczekiwania, bo pasztet wyszedł wspaniały. Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zmodyfikowała przepisu i tak, smażona cebulka oraz pieczony czosnek dodały potrawie małego dymnego kopa. Poza tym pasztet wyszedł delikatny i w smaku przypominał trochę cielęcinę. Dlatego z czystym sumieniem polecam Wam ten przepis do wypróbowania. Jeśli nie na Święta, to tak ogólnie, zróbcie po prostu kiedyś pasztet z selera, bo naprawdę warto !
PASZTET Z SELERA: 1 duża główka korzenia selera 3 pieczone ząbki czosnku 1 biała cebula 1 duży korzeń pietruszki 2-3 jajka 1/2 szkl. bułki tartej (lub mąki bezglutenowej, ja dodawałam gryczaną) majeranek sól, świeżo zmielony pieprz
Selera i pietruszkę kroimy na kawałki i gotujemy pod przykryciem przez 20 minut (do miękkości). W tym czasie smażymy posiekaną cebulkę na maśle lub innym tłuszczu. Miękkiego selera i pietruszkę studzimy, po czym miksujemy w malakserze razem z żółtkami, majerankiem, bułką tartą, pieprzem, cebulką i czosnkiem.
Ubijamy pianę z białek. Delikatnie mieszamy masę warzywną z pianą z białek.
Przekładamy masę do natłuszczonej i obsypanej bułką tartą formy keksowej i wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na godzinę (do momentu, aż pasztet się przyrumieni).
Pokażę dziś Wam jeden z prostszych przepisów na świąteczny sernik. Jest szybki, nieskomplikowany i zawsze wychodzi. A do tego jest wilgotny i taki pyszny !
SERNIK Z MAKIEM: Masa serowa: 1 opakowanie jogurtu greckiego (400 ml) 1 opakowanie śmietany kremówki 30% (250 ml) 2 żółtka pół szkl. cukru (lub innej substancji słodzącej) 2-3 łyżki mąki ziemniaczanej Wszystkie składniki ubić w jednej misce. Masa makowa: 1 opakowanie gotowego maku (suchego, ale nadającego się do spożycia, po zalaniu mlekiem - 400 g) 1/3 szkl. miodu (lub więcej / lub innego słodzika) mleko (taka ilość, jaka jest napisana na opakowaniu maku) 2 ubite na sztywno białka Mak zalać mlekiem zgodnie z instrukcją na opakowaniu. Dodać płynny miód i wymieszać ostrożnie z ubitymi białkami. Piekarnik nastawić na 180 stopni Celsjusza.
Natłuścić formę do tortownicy (20 cm). Obsypać ją mąką i ułożyć na dnie masę makową. Po wierzchu rozprowadzić masę serową, potrząść lekko formą, aby wierzch się wyrównał i masa serowa dobrze pokryła makową, po czym wstawić do piekarnika na około 40-45 minut.
Czas pieczenia zależy od piekarnika ! W moim starym, gazowym, ten sernik potrafił się piec nawet godzinę, w elektrycznym wystarcza mu 40 minut. Wierzch powinien być zarumieniony. Patyczek testowy niekoniecznie będzie zupełnie suchy, ale ważne, aby nie było na nim wodnistej masy. Sernik dochodzi w piekarniku z uchylonymi lekko drzwiczkami. Tężeje jeszcze po upieczeniu.
Dlaczego zawsze robię sernik z jogurtu? Po pierwsze dlatego, że nie muszę się bawić z twarogiem. Po drugie, dlatego, że jest lżejszy niż tradycyjny i nie obciąża tak żołądka. Po trzecie, nie wysycha, pozostaje wilgotny do samego końca (no chyba, że go przeciągniecie w piekarniku). I po czwarte, a chyba najważniejsze, smakuje identycznie.
Do masy makowej można dodać bakalie i przyprawy takie jak cynamon.
Choć to brzmi dziwnie, zrobiłam już pierwszy krok w kierunku Bożego Narodzenia. I mimo, że nie jestem fanką epatowania świętami tuż po Święcie Zmarłych, a świąteczne dekoracje w sklepach w listopadzie drażnią mnie, to jednak pewne rzeczy muszą być zrobione tygodnie przed Bożym Narodzeniem. Taką rzeczą jest na przykład ciasto na piernik, które przygotowuję kilka tygodni wcześniej. W tym roku nie było wyjątku - ciasto już leży i odpoczywa w lodówce, czeka na swoją kolej. Zrobiłam podwójną porcję, bo marzą mi się jeszcze wyrośnięte i mięciutkie pierniczki z marmoladą i miętowym lukrem :)
CIASTO NA PIERNIK:
500 g miodu naturalnego 1,5 szklanki cukru 250 g masła 1 kg mąki pszennej 3 jajka 3 łyżeczki sody oczyszczonej 125 ml mleka 0,5 łyżeczki soli 80 g przyprawy korzennej do piernika (dwa opakowania)
Miód, cukier i masło podgrzać w rondelku i doprowadzić do wrzenia. Mieszać do czasu, aż cukier całkowicie się rozpuści. Wystudzić.
Do masy miodowej dodać mąkę, sodę, mleko , jajka, sól i przyprawę do piernika. Ciasto starannie wyrobić i przełożyć do dużej, najlepiej szklanej lub kamionkowej misy. Przykryć ściereczką i odstawić do lodówki na 5 - 6 tygodni. W tamtym roku zrobiłam jednak piernik 4 tygodnie przed Świętami i też wyszedł boski.
Uwielbiam dawać własnoręcznie robione prezenty. Co roku mam swój stały repertuar, ale też ciągle szukam nowych inspiracji i robię też jedną, dwie nowe rzeczy. W tym roku zakupiłam na początku grudnia książkę Jamie Oliver ze świątecznymi inspiracjami. Dział z domowymi jadalnymi prezentami szybko stał się moim ulubionym. Jednak pierwszy przepis, który zrobiłam, to był istny niewypał, musiałam przepis modyfikować. "To nic" pomyślałam i zabrałam się za przepis drugi - florentynki. I znowu rozczarowanie. Zamiast kruchych florentynek o okrągłym kształcie miałam całą blachę florentynkowej brei. Rozczarowana głowiłam się co zrobić. Masa nie była dość twarda, więc powycinałam z niej kieliszkiem okrągłe ciasteczka, a resztę zrolowałam w gruby wałek i pokroiłam nożem na batoniki. Dlatego nie podsumowuję tego jako totalnego niewypału. To, że florentynki całkowicie się rozpłynęły nie zaważyło na ich smaku. Masa była pyszna ! Tylko trzeba byłą ją trochę po upieczeniu przerobić.
Florentynki: 50 g masła 75 g suszonej żurawiny 75 g kandyzowanej skórki pomarańczy i cytryny 150 g drobnego cukru trzcinowego 1 czubata łyżka mąki pszennej 150 ml śmietany 36% 100 g migdałów w płatkach 40 g nasion słonecznika 40 g sezamu
Piekarnik rozgrzać do 180 stopni. Blachy wyłożyć papierem do pieczenia. Żurawinę i skórkę kandyzowaną posiekać. Masło i cukier rozpuścić w rondelku na małym ogniu, a następnie dodać mąkę i śmietanę. Mieszać trzepaczką, aż masa zgęstnieje do konsystencji lepkiego karmelowego sosu. Zdjąć rondel z ognia, dodać wszystkie dodatki : żurawinę, kandyzowaną skórkę, migdały, słonecznik oraz sezam. Na blasze do pieczenia wykładać po łyżeczce masy (piec 10-12 minut). Należy zostawić bardzo duży odstęp między florentynkami. Druga opcja to taka, że można wylać połowę masy na blachę i zapiec (12-15 minut). Po ostygnięciu można wyciąć równe kółka kieliszkiem lub formą do ciastek. Albo pokroić na grube pasy, zrolować, docisnąć i pokroić na prostokąciki, tak aby powstały florentynki w formie batoników.
Florentynki można przechowywać do 5 dni.
Nie miałam czasu na próby zmodyfikowania tego przepisu, więc podaję ten z książki.
Domowe prezenty na Boże Narodzenie wcale nie muszą być trudne do zrobienia, ani wymagać od nas dużej ilości czasu. Zwierzę Wam się z czegoś. Robiłam ostatnio czekoladki i jedna partia mi nie wyszła. Ale jak to ? Ano dlatego, że Z. nagle się rozpłakała (idą jej ząbki) i czekolada spędziła chwilkę dłużej w kąpieli wodnej. To było dosłownie pół minuty, ale wystarczyło. Do tego, cała w amoku ze zmęczenia i tego nieszczęsnego zawodzenia mojego dziecka, dodałam do niej lodowatego mleka. No i się ścięła na amen. Trzymając Z. w jednej ręce, opierając ją sobie na biodrze, kiwałam ją jak szalona, ciągle coś nucąc i znowu (!) niewiele myśląc, dodałam do tego wszystkiego wrzątku. Gdy w końcu Z. zasnęła, wróciłam zrezygnowana do kuchni i spojrzałam na miskę stwardniałej czekolady. Pogmerałam w niej łyżką i stwierdziłam, że nic straconego. Masa była plastyczna, więc uformowałam z niej małe truflowe kulki. Obtoczyłam w pokruszonych płatkach migdałowych i cynamonie, po wystygnięciu stwardniały tak, że ciężko je było ozdobić, ale w sam raz, aby je zjeść. Były idealnie truflowe. Bardzo mnie to podbudowało - że nawet jak wyszedł jakiś niewypał, to dałam radę przekształcić to tak, aby stało się czymś naprawdę dobrym. Przepis zapisałam, bo myślę, że już zawsze będę tak robiła swoje domowe trufle :)
DOMOWE TRUFLE:
100 g czekolady deserowej - mocno gorzkiej
100 g czekolady mlecznej
2 łyżki zimnego mleka - może być roślinne
2 łyżki wrzątku
Czekolady rozpuścić w misce w kąpieli wodnej. Zdjąć miskę z garnka z gotująca się wodą i dodać do czekolady zimne mleko z lodówki - mieszać łyżką. Czekolada się zahartuje, zetnie i zrobi gesta, Wtedy dodać wrzątek, starając się ją wymieszać.
Formować z czekolady kulki. Trufle szybko będą twardniały, ale bez paniki. Ja uformowane trufle zostawiłam prawie na pół godziny na desce w kuchni, bo gdy zabierałam się za ich udekorowanie, Z. się obudziła i miałam 30 minut z głowy. Gdy w końcu mogłam przystąpić do pracy, czekolada była twarda z wierzchu, więc nic się do niej nie kleiło. Ale gdy tylko zrolowałam kulkę jeszcze raz w dłoniach, od razu zrobiła się plastyczna i mogłam obtoczyć ją w przygotowanych wcześniej dekoracjach. Wybrałam pokruszone płatki migdałów, a drugą część trufli obtoczyłam w cynamonie. Tutaj sprawdzi się też kakao, mak, zmielona kawa lub orzechy.
Trufle zapakowałam w prostokątne kawałki folii do pieczenia. Nakleiłam z jednej strony, na samym środku prostokąta oczy i czerwony nos. Układałam po trzy trufle na środku wyciętego prostokąta, zrolowałam i zawiązałam z obu stron złotą wstążką. Prezent gotowy.
!!! Do czekolady, przed uformowaniem kulek, możecie dodać kardamon, trochę alkoholu zamiast mleka (rum, brandy, amaretto lub likier pomarańczowy), posiekaną i kandyzowaną skórkę pomarańczową, posiekane bakalie. Albo możecie trufle czymś nadziać - np. masa marcepanową zrolowaną w mniejsze kuleczki.
Czekoladowe łakocie to coś, co szczególnie nam smakuje w Święta. Jakiś czas temu wypróbowałam przepis z książki "Najlepsze przepisy dla całej rodziny" Grzegorza Łapanowskiego i Mai Sobczak. I mimo, że w składzie ma truskawki (o tej porze roku mogą być mrożone), co kojarzy nam się raczej z początkiem lata, to jednak dla mnie smakowo było mu bliżej do Bożego Narodzenia, niż Nocy Świętojańskiej. Wszystko przez ten kardamon - przyprawę bogatą w smaku, intensywną i idealnie łączącą się z czekoladą lub kakao. Stąd moja propozycja, aby trufle przygotować właśnie teraz. Gotowe można podjadać w Święta, bądź podarować komuś w prezencie.
TRUFLE Z MROŻONYMI TRUSKAWKAMI I KARDAMONEM: garść migdałów garść orzechów laskowych ok. 200g mąki migdałowej - zmielonych na miałko migdałów bez skórki 4 suszone śliwki 8 suszonych daktyli filiżanka mleka roślinnego lub soku jabłkowego szczypta kardamonu szczypta soli sok + skórka otarta z 1/2 limonki garść truskawek (w zimie mrożonych) 4 łyżki kakao
Orzechy i suszone owoce moczymy w mleku (około 30-60 minut), po czym mielimy na jednolitą masę. Dodajemy mąkę migdałową, mieszamy, po czym dodajemy sok i skórkę z limonki, kakao, kardamon oraz sól. Dokładnie mieszamy. Wkrajamy truskawki, po czym delikatnie mieszamy całość.
Masa powinna być gęsta. Przekładamy ją do wyłożonego folią spożywczą lub papierem do pieczenia pojemnika plastikowego. Dociskamy i wygładzamy. Wstawiamy do lodówki na całą noc, a następnego dnia kroimy albo na prostokąty (tak, aby wyszły batony) albo tak jak ja na małe kwadraciki (aby wyszły czekoladki). Można gotowe trufle obtoczyć w kakao.
W książce ten przepis nazwany jest batonikami surowymi, ja jednak dodałam 1 łyżkę kakao więcej i konsystencja oraz smak bardziej przypominały mi trufle.
Ciasto z żurawiną i polewą chałwową to świetna Bożonarodzeniowa propozycja na deser. Jest lepkie, słodko-cierpkie i ma po prostu niepowtarzalny smak. Pierwszy raz ten przepis robiłam w sierpniu i wykorzystałam do niego porzeczki. Gdy zastanawiałam się ostatnio nad zrobieniem czegoś ze świątecznym akcentem, przyszło mi do głowy właśnie to ciasto. A że akurat mam 2kg żurawiny na balkonie, cóż, sprawa wydała mi się jasna.
CIASTO ŻURAWINOWE Z CHAŁWOWĄ POLEWĄ: Ciasto: 2,5 szkl. mąki 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej 3 łyżki nasion chia 1/2 szkl. wody 1 szkl. mleka/ może być roślinne, np. migdałowe 3/4 szkl. cukru 6 łyżek oleju kokosowego garść lub dwie świeżej żurawiny bądź suszonej - jednak w tym wypadku należy dać pół szkl. cukru Polewa: 1 chałwa - około 70g 1 łyżka wody Nasiona chia nasączyć w wodzie.
Mąkę wymieszać z sodą i cukrem, dodać do niej mleko, olej oraz napęczniałe chia. Dobrze wymieszać, aby nie było grudek. Dodać żurawinę, jeszcze raz wymieszać.
Przygotować dwie keksowe formy (ja w święta używam jednorazowych, po co dokładać sobie pracy przy zmywaniu?). Przelać ciasto, wygładzić i wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni na 45-55 minut. Do momentu, aż ciasto trochę wyrośnie i się zarumieni. Studzić na kratce.
Do małego rondelka wlać wodę i pokruszyć do niej chałwę. Gotować na średnim ogniu, ciągle mieszając. Polewa powinna być dość gęsta. Polać nią wystudzone ciasto i zostawić do zastygnięcia.
Samo ciasto powinno mieć dość gęsta konsystencję i tak bardzo nie urośnie.
Kobieta ma czasami różne zachcianki. I tak tydzień temu, będąc akurat na cotygodniowych dużych zakupach, zamarzył mi się makowiec. Ale ponieważ nie chciało mi się bawić z drożdżowym kruchym ciastem i potrzebowałam jakiegoś fajnego przepisu wielkanocnego na bloga, postanowiłam zrobić makowego mazurka. Nie mieliłam maku - ponieważ mówimy o zachciance, jak to często w takich przypadkach bywa, chcemy dostać coś dobrego najszybciej jak to możliwe. Kupiłam więc gotową masę makową. Wybrałam tę z górnej półki, aby była trochę lepsza jakościowo. W domu dodałam do niej kilka innych składników i tak powstał mazurek zupełnie nieoczekiwany, ale całkowicie satysfakcjonujący. A ponieważ eksperyment się udał, przepis zaraz zapisałam do mojego "Wielkanocnego kajecika" i teraz dzielę się nim z wami.
Masa makowa: 2 duże ubite na sztywno białka jajek 1,5 szkl. namoczonego w mleku i zmielonego maku 1 szkl. namoczonych w Amaretto suszonych śliwek garść lub dwie posiekanych i podprażonych na patelni migdałów ewentualnie 1 łyżka płynnego miodu skorka otarta z połowy cytryny
Namoczonych śliwkek nie odsączać z Amaretto, tylko zmiksować je razem z alkoholem na gładki krem. Zmieszać go razem z makiem oraz resztą skladników, na koniec delikatnie wymieszać z ubitymi białkami.Tak przygotowaną masą pokryć wierzch kruchego ciasta. Na wierzchu można ozdobić ciasto całymi migdałami.
Piec w nagrzanym do 180 stopni piekarniku przez około 45 minut.
TEN WARIANT CIASTA SPRAWDZA SIĘ RÓWNIEŻ BARDZO DOBRZE NA BOŻE NARODZENIE. WTEDY TARTĘ MOŻNA ZROBIĆ TROCHĘ GŁĘBSZĄ I NA PRZYKŁAD W FORMIE OKRĄGŁEJ. A DO FARSZU DODAĆ WTEDY WIĘCEJ BAKALII !
Domowe słodycze nie tylko są zdrowsze, ale i naprawdę potrafią lepiej smakować niż te kupione w sklepie. Wiem, że zrobienie domowych czekoladek może trochę odstraszać - w końcu wymaga to jakiegoś poświęcenia czasu, a przede wszystkim cierpliwości, ale własnoręcznie zrobione pralinki to nie jest coś za co chwytamy się każdego dnia. Niech okazja będzie wyjątkowa. U mnie były to Walentynki, ale przecież jest tyle świąt w ciągu całego roku - zamiast masy słodkich ciast, można zrobić jedno, a do tego przygotować właśnie pudełko własnoręcznie wykonanych pralinek. Zaręczam Wam, że warto !
CZARNO-BIAŁE SERDUSZKA Z MALINOWYM NADZIENIEM: 1,5 tabliczki rozpuszczonej w kąpieli wodnej białej czekolady 1,5 tabliczki rozpuszczonej w kąpieli wodnej mlecznej lub gorzkiej czekolady Najpierw rozpuścić białą czekoladę.
Na dno foremki wylać po łyżeczce białej czekolady,docisnąć lekko łyżeczką tak, aby była równomiernie rozprowadzona po powierzchni. W tym czasie przygotować nadzienie.
Nadzienie: 1 łyżka mrożonych malin 1 łyżka rozpuszczonej białej czekolady (zabrana z tej, którą rozpuściliśmy do czekoladek)
Maliny wsypać do rondelka, dodać 1 łyżkę czekolady, aby nie zaczęły od razu przywierać do dna garnka. "Gotować" na małym ogniu, ciągle mieszając, aż maliny się rozpadną, a masa stanie się gęsta. Odstawić maliny z czekoladą do zamrażarki na 3-5 minut i w tym czasie rozpuścić ciemną czekoladę.
Wyjąć maliny, które powinny być po tym czasie naprawdę gęste i małą łyżeczką nakładać po trochu na sam środek każdej foremki, na białą czekoladę. Gdy nadzienie będzie już rozłożone, każdą czekoladkę zalać ciemną czekoladą - aż do samego szczytu foremki. Przestudzić, zakryć folią i ostrożnie wstawić do lodówki na minimum 4 godziny.
CZEKOLADOWE ROBOCIKI Z KARMELOWO-MIGDAŁOWYM ŚRODKIEM: 1 tabliczka rozpuszczonej w kąpieli wodnej mlecznej czekolady 1 tabliczka rozpuszczonej w kąpieli wodnej gorzkiej czekolady Nadzienie: garść posiekanych (nie za grubo) migdałów 2 łyżki masy karmelowej (domowej lub kupnej krówkowej z puszki lub 3 cukierki krówki rozpuszczone w 1-1,5 łyżce mleka)
Migdały podprażyć na patelni lub w rondelku i zalać je masą krówkową. Podsmażyć 1-2 minuty, aż masa oblepi orzechy i zacznie gęstnieć. Odstawić do wystygnięcia. W tym czasie rozpuścić obie czekolady w kąpieli wodnej, wymieszać je ze sobą bardzo dobrze.
Na dno każdej z foremek wylewać po 1-2 łyżeczek rozpuszczonej czekolady. Na sam środek dodawać po 1 łyżeczce migdałowo-karmelowej masy i zalewać to 2 łyżeczkami rozpuszczonej czekolady. Przestudzić, zakryć folią i ostrożnie wstawić do lodówki na minimum 4 godziny.
PRALINKI KARMELOWE RAFAELLO:
całe migdały - ilość uzależniona od tego ile ostatecznie wyjdzie pralinek
1 szkl. sosu karmelowego lub pół puszki masy krówkowej ze sklepu - w temperaturze pokojowej
0,5 tabliczki białej czekolady rozpuszczonej w kąpieli wodnej
50 g wiórków kokosowych + jakieś 10 g do obtoczenia pralinek
Masę karmelową połączyć dokładnie z rozpuszczoną czekolada i 50 g wiórków kokosowych. Brać 1 czubata łyżeczkę gotowej masy, rozpłaszczyć ją w dłoniach, na sam środek położyć cały migdał, obtoczyć go masa, następnie zrolować w kulkę w dłoniach i na sam koniec obtoczyć w dodatkowej porcji wiórków kokosowych. Tak gotowe pralinki przełożyć do plastikowego, zamykanego pojemnika i wstawić do lodówki na 4 godziny.
I na koniec piosenka - co prawda nie lubię Beyonce, ale Coldplay uwielbiam. Coldplay ft. Beyonce "Hymn for the weekend":
Przed wielkim dniem, wrzucam jeszcze szybki post z ostatnimi inspiracjami na świąteczne pyszności, a nuż komuś się przyda coś takiego na ostatnią chwilę :) Oto propozycje z poprzednich lat :